Jak już wiecie, relację z pobytu na Menorce podzieliłam na dwa posty. Mam nadzieję, że pierwsza część Was zainteresowała i zainspirowała. Nadszedł czas na przedstawienie drugiej częsci wyjazdu!

Poprzedni wpis zakończony został opisem pobytu w Ciutadelli i na Cala Macarella.

Następnego dnia wybraliśmy się na najdłuższą plażę na Menorce – Son Bou, która mierzy 2,4 km długości. Wcześniej jednak po drodze zawitaliśmy na Cap de Favaritx. Tworzącą niepowtarzalną scenerię wśród skał, latarnię morską. Widoki na przylądek bez dwóch zdań, imponujące.

Son Bou natomiast to pierwsza plaża, na której napotkaliśmy na trochę większą liczbę ludzi, ale i tak odstępy miedzy plażowiczami były spore, więc nikt sobie nie zawadzał. Upał dawał się we znaki, nasi znajomi postanowili wrócić do mieszkania. Na plaży zostaliśmy sami. W pewnym momencie, kiedy rozkoszowaliśmy się miejscem zajadając kokos, podeszła do nas dziewczyna chcąc zaproponować nam atrakcje na wieczór. Przekazała, że dziś jest wyjątkowa okazja (miała akurat wielką rację, była to nasza rocznica :)) i chce nas zaprosić w wyjątkowe miejsce, do jakiegoś clubu. Zgodziliśmy się w ciemno i zapisaliśmy na listę gości. Na osobę za wstęp mieliśmy zapłacić po 10 euro i w tym wliczony być jeszcze drink. Istotne jest, że normalnie wejście kosztuje tam około 30 euro/os. Wieczorem po powrocie do domu zaproponowaliśmy wyjście znajomym, jednak zrezygnowali, tylko nas odwieźli. Około godziny 23 w miejscowości Cala en Porter, znaleźliśmy się w jednym z najbardziej niezapomnianych i zwalających z nóg miejsc – Cova d’en Xoroi. Byliśmy tak zszokowani i pełni podziwu tego co ujrzeliśmy, że aż odebrało nam mowę. Club okazał się być w jaskini ze wspaniałym widokiem na morze. Miejsce spektakularne, imponujące, położone na wybrzeżu wyspy. Czar księżyca potęgował doznane wrażenia. Pierwszy raz napiliśmy się pomady, miejscowego drinku, połączenia lemoniady i lokalnego ginu. To naprawdę wyjątkowe miejsce, którego nie można przeoczyć.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Es Grau. Miasteczko również urocze, obfitujące także w białe domy. Cudownie było usiąść na skałach w zatoczce i napić się wina. Do Es Grau pojechaliśmy już dwoma środkami transportu. Samochód nadal był w naszym posiadaniu, ale jeszcze tylko przez 1 dzień, dlatego postanowiliśmy z Danielem wypożyczyć dodatkowo jeszcze skuter, do samego końca pobytu na wyspie. Nie chcieliśmy stracić z wycieczki żadnej chwili, a opcja przejażdżek skuterem była dla nas wymarzonym rozwiązaniem.

Stamtąd pojechaliśmy do Arenal Son Saura na plażę. Popołudniową kąpiel przy zachodzie słońca w cieplutkiej i czystej wodzie zapamiętamy na długo.

Szóstego dnia rano zdaliśmy samochód i wybraliśmy się na dalszy podbój wyspy, już sami skuterem. Pojechaliśmy do Santa Galdana. W drodze napotkaliśmy znak, który wskazywał na pobliską farmę Son Mercer De Baix. Wyobrażając sobie jak może wyglądać takie miejsce udaliśmy się w jego kierunku. Po kilku kilometrach drogi, dróżką po lasach i polach dotarliśmy do celu. Rzeczywistość nas nie zawiodła, miejsce istnie filmowe. Położone na wzgórzu z pięknymi widokami. Produkują tam wyśmienite sery, które mogliśmy spróbować i kupić wraz z lokalnym piwem. Było dużo śmiechu, gdyż właścicielka farmy nie znała angielskiego, a my hiszpańskiego. Ciekawe jak ludzie potrafią sobie radzić w takich sytuacjach porozumiewając się głównie na migi. Od krów, koni i innych zwierząt nie mogłam odejść.

Po powrocie na główną trasę kierowaliśmy się ponownie do Santa Galdana. Okazało się to miejsce trochę bardziej komercyjne i nastawione na turystów niż wszelkie dotychczasowe. Kurorty i dużo atrakcji na raz. Idealna opcja dla rodzin z dziećmi i ludzi wolących pasywny tryb spędzania wakacji. Po plażowym chillu pojechaliśmy dalej do Sant Tomas. Delektując się winem, bagietkami i serem na kolejnej plaży o zachodzie słońca, uhonorowaliśmy znakomity dzień podróży.

Dzień siódmy był ostatnim dniem pobytu na wyspie. Na szczęście wylot mieliśmy dopiero wieczorem. Wstając o świcie pojechaliśmy ostatni raz na plażę. Spędzając cały poranek i południe w Binibequer napawaliśmy się ostatnimi chwilami w tym cudownym miejscu. Koło 14 wróciliśmy do Mahon oddać skuter i wtedy już ze znajomymi poszliśmy do centrum stolicy. Tam ostatnim punktem wyprawy była wytwórnia ginu Xoriguer, gdzie spróbowaliśmy lokalnych specjałów i kupiliśmy butelkę ginu do domu. Późna godzina zmusiła nas do szybkiego uszykowania się do wyjazdu w mieszkaniu, zamówienia taksówki i pojechania na lotnisko. Koło 23 godziny wylądowaliśmy w Katowicach.

To był naprawdę cudowny wyjazd! Dziękuję za wspaniałe chwile i gorąco polecam.

P.S. Dalszą część wypadu opiszę w następnym wpisie. Pobyt na Menorce nie był jedynym punktem wycieczki 🙂

Kisses!